Uważaj na mieszkanie po flipie! Co sprawdzić przed kupnem mieszkania od flipera?

Uważaj na mieszkanie po flipie! Co sprawdzić przed kupnem mieszkania od flipera?

Reading Time: 8 minutes

Ustalmy na samym początku jedną rzecz (możesz mnie za to znielubić i przestać czytać, ale możesz pożałować): nie każdy fliper to zło wcielone.

Serio.

Znam inwestorów, którzy robią naprawdę świetną robotę. Wchodzą do mieszkania, zrywają wszystko do żywego betonu, wymieniają piony i kładą nowiutką elektrykę (i tak, nadal im się to opłaca). Nigdy w życiu nie ich do jednego wora z tymi o których zaraz Ci powiem, bo umówmy się: uczciwy flip to po prostu dobry biznes. Płacisz więcej, ale oszczędzasz sobie co najmniej pół roku użerania się z ekipą remontową. Wchodzisz na gotowe.

Ale.

Problem polega na tym, że rynek zalała totalna fala amatorów po weekendowych kursach szybkiego bogacenia się. Obejrzeli dwa filmiki na YouTubie i z miejsca uwierzyli, że są rekinami nieruchomości. W ich wyobraźni wygląda to prosto: wystarczy rzucić najtańsze panele z marketu na krzywą podłogę, walnąć szarą farbę na ściany, żeby na czysto zarobić sto tysięcy.

Z ciekawości weszłam sobie wczoraj na Reddita. Chciałam sprawdzić, jak te wspaniałe, odpicowane apartamenty wyglądają z perspektywy samych kupujących. Znalazłam absolutne złoto. Wklejam Ci poniżej screena z jednym z takich wątków.

Wątek poczytasz tutaj

Ponieważ wredna tylko bywam, a moje pośrednicze serce krwawi, jak widzę takie historie, dzisiaj wezmę te internetowe dramaty na warsztat. Opowiem Ci, z czym to się je i na co musisz zwrócić uwagę kupując mieszkanie po flipie.

Co to właściwie jest ten cały flip mieszkaniowy?

Zanim przejdziemy do tego, jak nie dać się zrobić w ch…znaczy nabić w butelkę, zróbmy szybką definicję dla wyszukiwarek. Flipowanie nieruchomości to po prostu zjawisko inwestycyjne polegające na zakupie zniszczonej nieruchomości poniżej ceny rynkowej, przeprowadzeniu remontu i odsprzedaży lokalu z zyskiem.

Brzmi jak normalny, zdrowy biznes? I taki właśnie powinien być.

Cały problem polega jednak na tym, kto dokładnie ten remont robi. Uczciwy inwestor faktycznie podnosi wartość techniczną lokalu. Wymienia rury, kuje ściany (jak trzeba) i kładzie nową elektrykę, żebyś po zakupie mógł spać spokojnie.

Niestety, amator robi coś zupełnie innego: on tylko maskuje usterki. Zamiast inwestować w to, czego nie widać, wymienia jedynie elementy wizualne, bo to one sprzedają mieszkanie na zdjęciach. I to właśnie to tanie pudrowanie rzeczywistości prowadzi do potężnych, kosztownych awarii krótko po tym, jak kupujący z radością odbiorą klucze.

Złote hity z Reddita, czyli co Janusz ukrył pod panelami (i dlaczego nie jest to skarb)

Przekopałam ten poznański wątek na forum i powiem Ci szczerze: z każdym kolejnym komentarzem moja szczęka zbliżała się do podłogi. To nie są żadne urban legends opowiadane przez zazdrośników, których nie stać na wkład własny. To prawdziwe dramaty z cyklu „kupiłem i płaczę”. Zobacz, w jakie genialne pułapki (czytaj: ordynarne fuszerki) pakują nas domorośli biznesmeni od nieruchomości.

Zacznijmy od królowej wszystkich remontów, czyli elektryki. Wchodzisz na oględziny, widzisz na ścianie te piękne, modne teraz czarne gniazdka i myślisz sobie: o, super, cała instalacja na pewno wymieniona. I tu wchodzi fliper, cały na biało (a w zasadzie w ufajdanych farbą dresach). Wymienia same puszki i ledwie 20 centymetrów kabla, żebyś widział ładną, nową miedź. Cała reszta starego, aluminiowego drutu zostaje głęboko w ścianie. Serio, po co pruć tynki i płacić elektrykowi, skoro można to skręcić „na krótko”, zakleić taśmą izolacyjną i udawać, że jest premium? Potem podłączasz w łazience pralkę i suszarkę jednocześnie, a to piękne, designerskie gniazdko zaczyna się po prostu topić i wypalać dziurę w ścianie.

Łazienki i kuchnie z tych opowieści to w ogóle osobny gatunek literacki. Wyobraź sobie nowiutką zabudowę kuchenną (oczywiście ta najtańsza, z marketu). Ekipa wyrywa stare meble pani Jadzi i widzi ścianę oblepioną grubą warstwą lepkiego, trzydziestoletniego tłuszczu. Myślisz, że ktoś to zmywa? Wolne żarty. Przystawiają te nowe, pachnące wiórami szafki do brudnej ściany i elegancko maskują syf białym frontem. Ludzie piszą na forum, że pod nowymi szafami wnękowymi znajdowali góry śmieci, a nawet psie kości (w sensie nie szkielet psa, tylko niezjedzone przez psa kości – wiem, że trudno uwierzyć w to, że jakiś pies nie zjadł ale się zdarza) i gryzaki po poprzednich psich-lokatorach. Najbardziej jednak uwielbiam walkę fliperów z wilgocią. Prawidłowe odgrzybianie trwa i kosztuje. Co robi Janusz biznesu? Przykręca na grzyba nową płytę karton-gips, szpachluje, maluje na modny, szary kolorek i gotowe (no dobra, może jeszcze psiknie jakimś magiczntm szprejem z marketu). Zimą ciepło ucieka przez zignorowane mostki termiczne, a ten nieszczęsny grzyb i tak wylezie Ci na ścianę szybciej, niż zdążysz zapłacić pierwszą ratę kredytu.

Sama wykończeniówka to z kolei festiwal takiej prowizorki, że MacGyver by na to nie wpadł. Ktoś nie miał budżetu na skucie starych płytek na podłodze w przedpokoju? Żaden problem, malujemy je farbą. Po trzech miesiącach mycia podłogi ta farba odchodzi płatami, a Ty zostajesz z łuszczącym się dramatem. Dołóż do tego panele rzucone tak niedbale, że w szczeliny wpadają Ci monety, brak silikonu przy parapetach i najtańsze, cieknące syfony upchnięte głęboko pod wanną, żeby tylko nie było ich widać.

Skąd się biorą te wszystkie cuda? Z oszczędności na robociźnie. Amator bierze z łapanki najtańszych „fachowców”, którzy robią wszystko po kosztach. Jako laik nie masz absolutnie żadnych szans wyłapać tego gołym okiem podczas pierwszych oględzin. Co zabawniejsze, z komentarzy wynika, że wynajęcie audytora technicznego też wcale nie gwarantuje sukcesu. Płacisz za rzeczoznawcę, a gość wystawia Ci raport gruby na trzydzieści stron (z którego połowa to lanie wody o ustawach) i i tak przepuszcza największe buble. I w ten magiczny sposób kupujesz mieszkanie „gotowe do wejścia”, w które po roku musisz władować kolejne kilkadziesiąt tysięcy.

Zastanawiasz się pewnie teraz: skoro te wszystkie remonty to taka potężna fuszerka, to dlaczego ludzie w ogóle kupują te mieszkania? Odpowiedź jest brutalnie prosta: bo dają się zaczarować. I tu wjeżdża cały na biało kolejny trik z podręcznika młodego flipera, który ma sprawić, że przestaniesz racjonalnie myśleć.

Home staging. Dlaczego dajesz się nabrać na zapach kawy?

Wchodzisz na oględziny takiego odpicowanego po łebkach lokalu i od progu uderza Cię zapach świeżo mielonej kawy albo pieczonego ciasta. W łazience, dokładnie na brzegu tej nieszczęsnej wanny z cieknącym syfonem, palą się zapachowe świeczki. W sypialni na idealnie pościelonym łóżku leży modny, gruby koc i rzucona niby od niechcenia otwarta książka. W salonie czekają na Ciebie dwie welurowe poduszki i dizajnerski wazonik z suszką. Twój mózg w ułamku sekundy rejestruje ten obraz i wysyła sygnał: o matko, jak tu cudownie, chcę tu mieszkać. Wyobrażasz sobie od razu, jak w niedzielny poranek pijesz tam espresso, owinięty w ten puszysty pled. I pyk, kupujesz ten klimat oczami, zanim w ogóle zdążysz sprawdzić, czy w kranie jest ciepła woda.

A teraz brutalne zderzenie z rzeczywistością. Dlaczego amator, który przyciął na kablach i rurach, nagle inwestuje w świeczki i poduszki? Żeby perfekcyjnie uśpić Twoją czujność.

Cały ten przepiękny teatr kosztuje go jakiegoś tysiaka w pierwszej lepszej sieciówce. Te książki, świeczki i narzuty służą wyłącznie jednemu celowi: odwróceniu Twojej uwagi. Zamiast patrzeć na krzywe ściany, brak kratek wentylacyjnych, dziwne zacieki w rogach czy najtańsze listwy przypodłogowe, gapisz się na ładną poduszkę i wdychasz zapach wanilii. Domorośli inwestorzy po szybkich szkoleniach doskonale wiedzą, że większość z nas kupuje emocjami, więc bezlitośnie to wykorzystują na każdym kroku. Tylko pamiętaj w tym wszystkim o jednej kluczowej sprawie: bierzesz kredyt na trzydzieści lat i płacisz za mury oraz instalacje, a nie za welurowe dodatki w modnym odcieniu, które zaraz po podpisaniu aktu notarialnego i tak wyjadą stamtąd w bagażniku sprzedającego.

Skoro już wiesz, że ten kuszący zapach wanilii i zaparzona kawa to zwykła zasłona dymna, czas przejść do kontrofensywy. Na oględziny nie idziesz po to, żeby podziwiać kolor zasłon i wzdychać nad welurowym kocem. Idziesz tam na twardą misję zwiadowczą. Wyłączasz emocje, włączasz bezlitosną kalkulację i odpalasz w sobie tryb wrednego inspektora budowlanego.

Jak sprawdzić lokal po remoncie i nie stracić pieniędzy?

Zacznijmy od absolutnej podstawy, czyli od weryfikacji tego, co usłyszysz. Sprzedający z uśmiechem rzuca Ci hasło: „pani, wszystko wymienione, instalacje nówki sztuki”. Świetnie, wierzysz na słowo? Ha ha. Pytasz prosto z mostu: czy mogę prosić o zdjęcia sprzed remontu i z etapu wymiany tych instalacji? Chcesz zobaczyć te nowe, miedziane kable i wymienione rury, zanim przykrył je tynk. Uczciwy profesjonalista po prostu wyciąga telefon i z dumą pokazuje Ci całą galerię zdjęć z budowy. Doskonale wie, że ten ukryty pod gładzią konkret to jego najmocniejsza karta przetargowa.

A co robi amator po weekendowym kursie szybkiego bogacenia się? Zaczyna się pocić, nerwowo chrząka i sprzedaje Ci tanią bajkę: zgubił telefon, utopił go wczoraj w toalecie, ewentualnie pies zjadł mu pendrive’a i przypadkiem skasował całą chmurę z plikami. Co w takiej sytuacji robisz Ty? Odwracasz się na pięcie i wychodzisz. Serio, szkoda Twojego czasu i życia na negocjacje z kimś, kto wprost robi z Ciebie idiotę.

Druga sprawa to dowody, bo słowo honoru w tej branży kosztuje dokładnie zero złotych. Żądasz faktur na materiały podtynkowe i usługi hydraulika czy elektryka. Nie interesują Cię paragony za tę ładną kanapę czy designerskie lustro w przedpokoju, tylko kwity na kable i rury. Jeśli ktoś faktycznie włożył w te mury grube tysiące na wymianę pionów, trzyma takie papiery w segregatorze jak największe relikwie.

Potem robisz rzeczy, których sprzedawca zupełnie się nie spodziewa. Zaglądasz do skrzynki z bezpiecznikami. Żeby było jasne: nie każde stare mieszkanie wymagało wymiany całej elektryki. Jeśli instalacja była już miedziana i w dobrym stanie, to nikt normalny nie pruje ścian dla samej zasady. Ale jeśli sprzedawca zarzeka się, że kładł wszystko od zera, a w skrzynce widzisz stare, pożółkłe korki z lat dziewięćdziesiątych i wystające skrawki aluminiowych drutów, podczas gdy na ścianach prężą się nowiutkie, czarne gniazdka? No właśnie. Masz przed sobą klasyczną fuszerkę opartą na tanim makijażu i bezczelnym kłamstwie. Uśmiechasz się szeroko, mówisz „do widzenia” i bezpiecznie wracasz do przeglądania ogłoszeń.

Podsumowanie

Żebyśmy mieli pełną jasność: zakup mieszkania od flipera to nie jest automatyczny wyrok. Na rynku działa mnóstwo świetnych inwestorów, którzy odwalają kawał solidnej, rzemieślniczej roboty i oszczędzają Ci miesięcy użerania się z brudem i kurzem. Cała sztuka polega po prostu na tym, żeby oddzielić tych zawodowców od amatorów, którzy obejrzeli dwa filmiki w internecie i myślą, że zjedli zęby na nieruchomościach.

Kiedy wchodzisz na oględziny, zrób jedną prostą rzecz: wyłącz emocje. Przestań wzdychać do modnych zasłon i włącz bezlitosną, chłodną kalkulację. Przypominaj sobie na każdym kroku brutalną prawdę: bierzesz kredyt na trzydzieści lat na mury, rury i kable, a nie na welurową poduszkę i zapach zaparzonej kawy.

Nie ufaj na słowo, zadawaj niewygodne pytania i zawsze żądaj twardych dowodów na to, co inwestor ukrył pod nową farbą. Brak zdjęć z wymiany instalacji, nerwowe uśmieszki sprzedającego i stare korki w skrzynce to Twój sygnał alarmowy do natychmiastowej ewakuacji. Dlaczego to takie ważne? Bo o wiele lepiej wyjść na wrednego i czepialskiego kupującego dzisiaj, niż płakać w tę piękną, designerską poduszkę, kiedy miesiąc po przeprowadzce pęknie Ci w łazience zardzewiały pion wodny.

FAQ – o czym jeszcze musisz wiedzieć, zanim pójdziesz do notariusza

Skoro kwestie remontowe mamy już za sobą, czas na rzeczy, o których dowiadujesz się zazwyczaj za późno. Zobacz, na jakich jeszcze minach prawnych i finansowych możesz wylecieć w powietrze.

Fliper przeniósł kuchnię do salonu, czy to w ogóle legalne? 

To jedna z ulubionych sztuczek domorosłych architektów: inwestor robi modny aneks kuchenny, ciągnąc rury przez pół mieszkania, żeby na siłę dorobić dodatkową sypialnię. Czy to z automatu oznacza samowolę budowlaną? Niekoniecznie. Jeśli zmiany nie ingerują w piony wentylacyjne i wodno-kanalizacyjne, spółdzielni nic do tego. Jeśli jednak fliper wpiął się na dziko w główny pion, a na Twoje pytanie o oficjalną zgodę administracji macha ręką i mówi, że „nikt o to nie pyta i nie trzeba było”, to ewakuuj się z tego mieszkania. Kiedy wentylacja przestanie działać, a sąsiada z dołu zaleje woda, spółdzielnia zapuka do Twoich drzwi. Zasada jest tutaj brutalna: przed prawem za samowolę odpowiada aktualny właściciel, więc to Ty będziesz musiał przywracać stan pierwotny na własny koszt.

Czy sprzedający odpowiada za wady, które wyjdą po zakupie? 

Teoretycznie tak, bo chroni Cię rękojmia. Niezależnie od tego, czy fliper ma spółkę, czy udaje zwykłego Kowalskiego, prawo wymaga od niego wzięcia odpowiedzialności za to, co sprzedaje. Gdzie jest mina? Cwaniacy bardzo często próbują przemycić do aktu notarialnego mały, sprytny punkt o wyłączeniu rękojmi. Zobaczysz taki zapis u notariusza na umowie przedwstępnej lub końcowej? Od razu każ to wykreślić. Jeśli się na to zgodzisz, to przy pierwszej pękniętej rurze zostaniesz z potężnymi kosztami zupełnie sam, a sprzedawca umyje ręce w majestacie prawa.

Czy przy zakupie mieszkania od flipera płacę podatek PCC? 

To zależy przede wszystkim od Ciebie, a nie od sprzedawcy. Jeśli kupujesz swoje pierwsze mieszkanie w życiu na rynku wtórnym, masz pełen luz: system całkowicie zwalnia Cię z tego podatku, bez względu na to, kim jest fliper. Jeśli jednak to Twój kolejny lokal, a inwestor działa „na boku” i sprzedaje mieszkanie jako zwykła osoba prywatna, notariusz bezlitośnie doliczy Ci 2% PCC do rachunku. Kiedy nie płacisz tego haraczu przy kolejnym mieszkaniu? Tylko wtedy, gdy fliper to legalnie działająca firma (czynny podatnik VAT). Wtedy transakcja podlega pod podatek VAT (zazwyczaj 8%, ukryty już w cenie ofertowej), a podatek PCC po prostu odpada. Zapomnij o mitycznych „fakturach vat-marża”, którymi fliperzy próbują mącić w głowach – jako kupującego w ogóle Cię to nie interesuje.

Dlaczego bank kręci nosem na wycenę odpicowanego mieszkania? 

To częste zderzenie z rzeczywistością przy kredytach hipotecznych. Wchodzisz do mieszkania, jest pięknie zrobione, więc fliper rzuca cenę z kosmosu (np. 15 tysięcy za metr w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach). Składasz wniosek, a analityk bankowy odrzuca wycenę, bo dla niego liczą się twarde dane z transakcji w tej okolicy, a nie welurowa kanapa i hiszpański gres. Bank wycenia mieszkanie niżej, a Ty musisz dopłacić różnicę między ceną flipera a wyceną banku z własnej, żywej gotówki.

Czy mogę domagać się dokumentacji technicznej i gwarancji na sprzęty AGD? 

Absolutnie tak i nie daj sobie wmówić, że „to przecież rynek wtórny i się nie należy”. Amatorzy często kupują najtańsze piekarniki i zmywarki w promocji albo na wyprzedażach, a po zakupie okazuje się, że dziwnym trafem zgubili na to paragony i karty gwarancyjne. Jeśli sprzęt jest nowy, sprzedający ma psi obowiązek przekazać Ci dowody zakupu. Bez tego, przy pierwszej usterce nowiutkiej lodówki, naprawiasz ją na własny koszt. To samo dotyczy rachunków za okna, drzwi wejściowe czy piec gazowy.

Podobał Ci się ten artykuł?

Piszę poradniki o nieruchomościach bez marketingowej ściemy – tłumaczę przepisy na ludzki język, ostrzegam przed błędami (które sama popełniłam przez 10 lat wynajmowania mieszkań) i daję narzędzia, które faktycznie działają.

Robię to za darmo, bo uważam, że wiedza o nieruchomościach nie powinna być dostępna tylko dla tych, którzy znają się na paragrafach.

Ale utrzymanie portalu, tworzenie treści i checklisty kosztują czas i pieniądze. Jeśli ten artykuł ci pomógł, uratował przed głupim błędem albo po prostu lubisz to, co robię – postaw mi kawę. Albo dwie. Albo dziesięć, jeśli uratowałam cię przed kupnem mieszkania z grzybem pod tapetą.

Dzięki za wsparcie!

Copywriterka i licencjonowana pośredniczka w obrocie nieruchomościami (licencja PRFN nr 17115). Od 2016 roku tłumaczy skomplikowane przepisy, trendy rynkowe na język, który rozumie każdy – bez prawniczo-deweloperskiego bełkotu i bez udawania, że wszystko jest proste. Zna rynek nieruchomości nie tylko z książek i kursów, ale przede wszystkim z własnego doświadczenia: przez 10 lat zmieniała mieszkania ponad 10 razy, oglądała co najmniej dwa razy tyle i popełniła większość błędów, o których pisze (żebyś Ty już nie musiał). Wie, jak wygląda wynajem mieszkania z gniazdkami pamiętającymi marszałka Piłsudskiego, dojazd przez pół miasta i sąsiad-perkusista o 23:00. Pisze dla ludzi, którzy szukają konkretów, a nie ogólników. Dla tych, którzy chcą wiedzieć, co naprawdę ma znaczenie przy wyborze mieszkania, podpisywaniu umów i staraniu się o kredyt hipoteczny. Po godzinach śpiewa i gra na ukulele. Czasem jednocześnie. Uprawia również pole dance — niestety nie równocześnie ze śpiewem i grą na ukulele.