Słownik: jak czytać ogłoszenia sprzedaży nieruchomości i nie dać się nabrać na „apartament z potencjałem”

Słownik: jak czytać ogłoszenia sprzedaży nieruchomości i nie dać się nabrać na „apartament z potencjałem”

Reading Time: 4 minutes

Czytając ogłoszenia na portalach, czasem mam wrażenie, że to nie serwis z mieszkaniami, ale tomik poezji niespełnionych pisarzy. Wszystko jest tu „prestiżowe”, „słoneczne”, „wyjątkowe” i „jedyne w swoim rodzaju”. A potem jedziesz na miejsce i widzisz ciemną norę z widokiem na śmietnik, w której słońce gości przez pięć minut dziennie i to tylko w lipcu (plus biuro nieruchomości każe Ci za przyjemność oglądania tego schowka zapłacić – super biznes).

Wiem, co myślisz (I am a psycho): „zaraz, zaraz, przecież Ty też jesteś copywriterem! To Twoja branża wciska nam ten kit!” (miło mi, że pamiętasz czym się zajmuję).

Touché. Przyznaję się – operuję słowem zawodowo. Ale właśnie dlatego, że znam tę branżę, doskonale widzę, kiedy ktoś próbuje nieudolnie w niej manipulować. Mam alergię na wciskanie ludziom bzdur, a opisy mieszkań to często festiwal kreatywnego ukrywania wad.

Postanowiłam więc wykorzystać swoje skrzywienie zawodowe w słusznym celu. Przetłumaczę ten marketingowy bełkot na nasze. Oto słownik, który pozwoli Ci zrozumieć, co autor miał na myśli, zanim stracisz czas na dojazd.

Lokalizacja: geografia kreatywna

Skoro ustaliliśmy już, że papier (i internet) przyjmie wszystko, zacznijmy od mapy. To tutaj copywriterzy od nieruchomości wznoszą się na wyżyny kreatywności, naginając czasoprzestrzeń. Co naprawdę oznaczają te zachęcające frazesy, gdy zderzymy je z rzeczywistością?

  • Dobra komunikacja: w języku ogłoszeń to eufemizm na „nie zaśniesz przy otwartym oknie”. Zazwyczaj oznacza to pętlę tramwajową, tory kolejowe albo obwodnicę miasta tuż za płotem. Jasne, będziesz wszędzie szybko, o ile wcześniej nie oszalejesz od hałasu.
  • Cicha i spokojna okolica: tłumacząc na ludzki – do najbliższego sklepu masz 3 kilometry, a autobus kursuje dwa razy dziennie (rano, żeby zabrać ludzi do pracy, i wieczorem, żeby ich odwieźć). To raj dla introwertyków z własnym samochodem i dużą zamrażarką na zapasy.
  • Dynamicznie rozwijająca się dzielnica: brzmi jak szansa na zysk, prawda? W praktyce oznacza, że wprowadzasz się na wielki plac budowy. Przez najbliższe dni, miesiące, lata Twoim budzikiem będzie młot pneumatyczny o 6 rano, a widok z okna ograniczy się do żurawi i błota.
  • Blisko centrum: w linii prostej – jak najbardziej, może nawet zobaczysz stąd czubek Pałacu Kultury albo innego wieżowca (dobra, wiem, że PKiN nie jest wieżowcem). Ale autem stoisz w korku 40 minut, bo po drodze jest jeden, wiecznie zatkorkowany most. Blisko, a jednak tak daleko.

Standard budynku: prestiż z karton-gipsu

Przejdźmy do samej bryły, bo tutaj marketingowa nowomowa wchodzi na poziom absurdu. Jeśli myślisz, że słowo „apartament” oznacza w Polsce luksus, portiera i basen, to mam dla Ciebie smutną wiadomość. W naszych realiach oznacza ono zazwyczaj tyle, że blok oddano do użytku w tym stuleciu i nie odpada z niego tynk (jeszcze).

  • Kameralna inwestycja – to moje ulubione hasło. W praktyce oznacza blok wciśnięty w podwórko między dwie stare kamienice. Sąsiad z naprzeciwka widzi, co jesz na kolację, a Ty możesz oglądać jego TV bez płacenia abonamentu. Zero światła, zero prywatności, ale za to słyszysz każde kichnięcie za ścianą.
  • Apartament – uwaga, to pułapka. To po prostu elegancka nazwa na lokal, który ma mniej niż 25 metrów kwadratowych. Zgodnie z prawem nie można tego nazwać mieszkaniem (bo mieszkanie musi mieć min. 25 m²), więc deweloper nazywa to apartamentem właśnie. Płacisz 23% VAT, nie możesz się zameldować i mieszkasz w schowku na miotły, który dumnie nazywa się apartamentem.
  • Nowoczesna bryła – brzmi jak architektura nagradzana w konkursach, a zazwyczaj oznacza brutalne cięcie kosztów. Brak balkonów i najtańszy tynk, który za rok zzielenieje od wilgoci.

Wnętrze: potencjał czy ruina?

Wchodzimy do środka. Tutaj eufemizmy służą głównie do tego, by ukryć fakt, że mieszkanie nadaje się do generalnego remontu albo ma układ, którego nie wymyśliłby trzeźwy architekt.

  • Mieszkanie z potencjałem – absolutna ruina. To nie jest kwestia odmalowania ścian, a kucia tynków do gołej cegły i wymiany wszystkiego, co znajduje się pod podłogą. „Potencjał” oznacza tu po prostu, że będziesz potrzebować worka pieniędzy i stalowych nerwów, żeby doprowadzić ten lokal do cywilizowanego stanu.
  • Dla konesera – zazwyczaj oznacza układ tak dziwaczny, że normalny człowiek ucieka z krzykiem. Pokoje przechodnie w amfiladzie (żeby wyjść z sypialni, musisz przejść przez salon) albo ściany pod takimi kątami, że nie ustawisz tam żadnej szafy. Wymaga „amatora”, który lubi utrudniać sobie życie i wydawać fortunę na meble robione na wymiar.
  • Przytulne / kompaktowe – klaustrofobiczne. Tak małe, że nie otworzysz lodówki, jak ktoś siedzi przy stole, a żeby dojść do okna, musisz złożyć kanapę. Bardziej walka o tlen niż przytulność.
  • Gotowe do wejścia – oznacza tylko tyle, że są meble i nie trzeba malować ścian na dzień dobry. Ale nie daj się zwieść pozorom. Pod nowymi kafelkami mogą kryć się rury z lat 70., a „nowa” kuchnia to najtańszy zestaw z marketu, który rozpadnie się po roku.

Status prawny: udział zamiast własności

Tu wchodzimy na minę, która może urwać ci nogę przy samej d…. Znaczy, razem z portfelem. Widzisz podejrzanie tanie mieszkanie w kamienicy? Sprawdź, co dokładnie kupujesz.

Udział ze wskazaniem na lokal – brzmi mądrze, a oznacza tyle, że nie kupujesz mieszkania. Kupujesz kawałek całej kamienicy (np. 1/10) i dogadujesz się z sąsiadami, że „Ty mieszkasz pod czwórką”. Pełna własność lokalu? Zapomnij. Kredyt? Bank Cię wyśmieje. Remont? Tylko za zgodą wszystkich sąsiadów. To nie jest własne M, a bilet do piekła we wspólnocie, w której o kolor wycieraczki będziesz się kłócić z dziesięcioma współwłaścicielami (znaczy wiadomo że przesadzam, ale mniej więcej taka jest reguła).

Zdjęcia nieruchomości: czego nie widzisz?

Fotograf nieruchomości to współczesny iluzjonista. Pamiętaj, że to, czego nie ma na zdjęciach, jest ważniejsze od tego, co na nich jest. Widzisz zasłonięte okna w środku dnia? To nie budowanie nastroju, to ukrywanie faktu, że za oknem stoi ściana sąsiedniego bloku albo osiedlowy śmietnik.

Kolejny klasyk to zdjęcia robione „rybim okiem”. Pokój o powierzchni 8 m² wygląda na nich jak sala balowa, a potem na miejscu okazuje się, że łóżko zajmuje cały metraż. Jeśli w ogłoszeniu brakuje zdjęcia łazienki, to wiedz, że jest tam dramat. Grzyb na suficie, rury na wierzchu albo stan techniczny, pamiętający czasy Gierka.

Podsumowanie i praca domowa

Zapamiętaj raz na zawsze: ogłoszenie na portalu to nie dokumentacja techniczna, tylko reklama – taka sama jak ta proszku do prania, który rzekomo usuwa plamy po winie w 3 sekundy. Dlatego zamiast wierzyć w bajki o „apartamentach” i „potencjale”, zacznij weryfikację jeszcze przed wyjściem z domu.

Odpal Street View i sprawdź, czy ta „cicha okolica” nie sąsiaduje z obwodnicą. Dopytaj przez telefon, czy „do odświeżenia” oznacza malowanie, czy wymianę instalacji pamiętającej Gierka. Jeśli tego nie zrobisz, jedynym potencjałem, jaki odkryjesz na miejscu, będzie potencjał do stracenia nerwów. Szanuj swój czas, bo sprzedający na pewno tego nie zrobi.

Mały disclaimer na koniec: to, że ktoś użył w ogłoszeniu nieruchomości słowa „przytulne” albo „ciche”, nie oznacza od razu, że próbuje Cię oszukać. Czasem mieszkanie faktycznie jest po prostu małe i ciche. Ale jeśli widzisz tekst naszpikowany tymi określeniami jak keks bakaliami – „kameralny apartament z potencjałem dla nabywcy konesera w dynamicznej okolicy” – to wiedz, że coś się dzieje. Czuwaj!

Podobał Ci się ten artykuł?

Piszę poradniki o nieruchomościach bez marketingowej ściemy – tłumaczę przepisy na ludzki język, ostrzegam przed błędami (które sama popełniłam przez 10 lat wynajmowania mieszkań) i daję narzędzia, które faktycznie działają.

Robię to za darmo, bo uważam, że wiedza o nieruchomościach nie powinna być dostępna tylko dla tych, którzy znają się na paragrafach.

Ale utrzymanie portalu, tworzenie treści i checklisty kosztują czas i pieniądze. Jeśli ten artykuł ci pomógł, uratował przed głupim błędem albo po prostu lubisz to, co robię – postaw mi kawę. Albo dwie. Albo dziesięć, jeśli uratowałam cię przed kupnem mieszkania z grzybem pod tapetą.

Dzięki za wsparcie!

Copywriterka i licencjonowana pośredniczka w obrocie nieruchomościami (licencja PRFN nr 17115). Od 2016 roku tłumaczy skomplikowane przepisy, trendy rynkowe na język, który rozumie każdy – bez prawniczo-deweloperskiego bełkotu i bez udawania, że wszystko jest proste. Zna rynek nieruchomości nie tylko z książek i kursów, ale przede wszystkim z własnego doświadczenia: przez 10 lat zmieniała mieszkania ponad 10 razy, oglądała co najmniej dwa razy tyle i popełniła większość błędów, o których pisze (żebyś Ty już nie musiał). Wie, jak wygląda wynajem mieszkania z gniazdkami pamiętającymi marszałka Piłsudskiego, dojazd przez pół miasta i sąsiad-perkusista o 23:00. Pisze dla ludzi, którzy szukają konkretów, a nie ogólników. Dla tych, którzy chcą wiedzieć, co naprawdę ma znaczenie przy wyborze mieszkania, podpisywaniu umów i staraniu się o kredyt hipoteczny. Po godzinach śpiewa i gra na ukulele. Czasem jednocześnie. Uprawia również pole dance — niestety nie równocześnie ze śpiewem i grą na ukulele.